Sporo mnie tu nie było… ostatnio niestety miałam nieco gorszy czas, ale już wracam 🙂

Jak mieliście okazję w filmiku zaobserwować 🙂 dzięki temu, że nie wypaliły nam plany ze zdobyciem wulkanu BARU (jednak były jakieś plusy:)) został nam nadprogramowy jeden dzień BONUSOWY, który trzeba było wykorzystać (przy wspinaczce na wulkan był przeznaczony na odsypianie) 🙂

Postanowiliśmy więc pozwiedzać wysepki położone nieopodal BOCAS DEL TORO – miasta położonego na jednej z wysp archipelagu o tej samej nazwie.

Po drodze mieliśmy okazję wstąpić (ku uciesze chłopaków) do Kanyonu Cangilones Mini – Canyon.  Jest tam rzeka wydrążona między skałami do której można skakać i pływać między skalnymi ścianami! Wyglądało to całkiem nieźle jak oglądaliśmy te wyczyny na filmikach youtuberów 🙂 ale mniej obiecująco jak już znaleźliśmy się na miejscu…

Woda mętna – pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że brudna… nic nie było w niej widać (w sensie czy głęboka czy nie, czy są jakieś przeszkody) także natychmiast marzenia chłopaków rozsypały się niczym domek z kart… A może to ja z Milenką ten domek zburzyłyśmy 😉 No ale żeby nie było, że my takie złe… – przecież to wszystko w trosce o zdrowie naszych zuchów! 😀

Nie pomogły argumenty, że tuż obok skakał do wody jakiś miejscowy chłopaczek i ZAWSZE wypływał:) Moim zdaniem on po prostu wiedział, gdzie wolno skakać, a gdzie nie, poza tym był niższy i lżejszy przez co woda łatwiej go wypychała do góry 😀 Wolałyśmy nie ryzykować i po prostu niczym MATKI swoich rozwydrzonych bachorków, zabroniłyśmy im takich rozrywek – o MY niedobre! 😀

Dalsza droga do BOCAS prowadziła przez piękne górskie tereny, które raczyły naszą czwórkę niesamowitymi widokami i wciąż zmieniającą się mglistą pogodą. To co również udało nam się zaobserwować to życie przeciętnych ludzi zamieszkujących te górskie obszary – w większości Indian.

Tak jak wspominałam już w którymś z poprzednich postów, żyją oni bardzo skromnie (jak dla Europejczyka), większość  ich domów zbudowana jest z drewna albo wikliny czy czegoś podobnego, kawałków blachy i cerat aby w razie deszczu nie kapało na głowę (takie malutkie chatki), bez elektryczności, łazienek (takich jak u nas). Oni np. zbierają deszczówkę albo wodę z rzeki do specjalnych baniaków usytuowanych gdzieś wysoko aby woda pod ciśnieniem spływała i można było się umyć.

Natomiast co ciekawe to po drodze widzieliśmy nawet chłopaka który mył się w rowie i przy okazji golił tam zarost!!! Także…. życie bardzo blisko natury! 🙂

Do BOCAS DEL TORO mieszczącego się na wyspie ISLA COLON dostaliśmy się taksówką wodną z Almirante. Jest tam mnóstwo miejscowych na rowerach, którzy naganiają turystów, aby jak najszybciej taką łódkę napełnić 🙂 Przejazd to koszt ok 6 dolarów.

Bocas Del Toro (lub Bocas Town), to miasteczko, które przypominało mi te, które widywałam w starych filmach – podobne do westernu scenerie – szeroka ulica a po dwóch stronach hostele, sklepy, usługodawcy, sprzedawcy wycieczek etc. Oczywiście w westernach jest troszkę mniej kolorowo niż w BOCAS 🙂 ale klimat ten sam 🙂

Mi to miasteczko również kojarzy się z miejscem surferskim – napotkałam tam sporo sklepików z deskami, odzieżą surferską i lokalnymi wyrobami. Czuć tu SLOW LIFE! Nikt się nigdzie nie śpieszy i to jest chyba najpiękniejsze! 🙂 W sumie to slow life nie dziwi zbytnio, gdyż na zewnątrz było pełne słońce i ok. 40 stopni! Kto przy zdrowych zmysłach uwijałby się z robotą, albo paradował po ulicach?! Prawdziwym wybawieniem okazało się więc dla nas napotkanie sklepu z zimnymi napojami 😀 i kremami z filtrem UV 70! 😀 Tak! TAK! Taki istnieje 😀

Z BOCAS przeprawialiśmy się na wyspę BASTIMENTOS w poszukiwaniu rzadkich gatunków żółwi wodnych 🙂 Słyszeliśmy, że te tereny zamieszkuję ich aż 4 rodzaje!!

To zapewne wspaniały widok móc obserwować te zwierzęta w ich naturalnym środowisku – nam to jednak się nie udało, gdyż nikt nam nie powiedział (ani w żadnym przewodniku nie ma tej informacji), że ów osobniki przebywają tam tylko w SIERPNIU!! My byliśmy w marcu 😉 i dowiedzieliśmy się o tym dopiero na miejscu…

Sama wyspa pozwoliła nam jednak z bliska podpatrzeć życie tutejszych mieszkańców – spacerowaliśmy wąską uliczką między domkami (również ceglanymi) położonymi tuż nad brzegiem morza, co dawało niesamowitą scenerię i już zazdrościłam każdemu właścicielowi budynku tego widoku o poranku z kubkiem kawy w ręku! Ale… no właśnie ale… woda wyrzucała na brzeg ogromną ilość śmieci, z którą mieszkańcy nic nie robili 🙁 Wszędzie walały się jakieś graty i papierki. przez co to cudowne miejsce sporo traciło w moich oczach… Taki mały nadmorski śmietniczek, a obok bawią się dzieci 🙁

Idąc dalej trafiliśmy na tutejszy cmentarz usytuowany na wzgórzu. Groby wyłożone są tu płytkami ceramicznymi – takimi, jakich używamy w łazienkach. Co bardziej ekskluzywne maiły również mozajkę! Na żadnym jednak nie zaobserwowałam krzyża czy jakiegoś religijnego symbolu. Nie było tam również danych zmarłej/zmarłego (nie wiem skąd wiadomo, kto jest gdzie pochowany). Były to po prostu wystające z ziemi prostokąty wyłożone tarakotą.

Kolejną i już ostatnią odwiedzoną przez nas wyspą – tym razem ku mojej uciesze, była wyspa SOLARTE, gdzie mieliśmy chwilkę czasu na plażowanie i zjedzenie pysznych owoców morza w jednej z knajpek położonych w domku na balach 🙂 Niestety tej wyspy nie zwiedziliśmy, gdyż mieliśmy na niej najmniej czasu a przygotowanie jedzenia również znacznie go uszczupliło, także sami rozumiecie – ta UGODOWA 🙂

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here