Jak pisałam w moim poprzednim poście – mieliśmy udać się do Boquete AUTOBUSEM 🙂 na szczęście niektórzy z nas się opamiętali i jednak sprawdziliśmy jeszcze jedną wypożyczalnię aut – SIXT (popularna w wielu krajach). Udaliśmy się do niej z samego rana i dzięki temu że Milenka zna hiszpański udało nam się wynegocjować cenę i dostaliśmy auto w bardzo przyzwoitej kwocie na 4 dni!

Muszę tu wtrącić, że Panama to kraj gdzie większość lokalnych mieszkańców mówi tylko po hiszpańsku. Angielski, owszem jest obecny w hotelach i atrakcjach turystycznych w mieście. My dzięki temu, że Milenka zna również hiszpański mieliśmy szansę na usłyszenie różnych historii od zwykłych mieszkańców Panamy – a to bezcenne! Także jeden z moich następnych celów rozwojowych to oczywiście nauczyć się tego pięknego języka! Dodam tylko, że niektóre słówka i proste zwroty rozumiem 😀 – w końcu na coś przydały się lata, przez które oglądałam brazylijskie telenowele :D:D:D

No dobrze ale wracając do tematu 🙂 Mamy auto i ruszamy autostradą Panamarykańską,  czyli drogą łączącą kraje obu Ameryk – od północy Alaski, poprzez Amerykę Środkową, po południe Argentyny.

Słyszeliśmy o niej wiele, jak również to, że ciężko się nią będzie dostać autem do Boquete, bo jest wątpliwej jakości. My natomiast nic takiego nie zauważyliśmy! Super trasa, oczywiście nie wygląda jak autostrady w Niemczech czy nawet Polsce 🙂 ale jakość jazy jest wystarczająca. To, co na pewno zwraca uwagę to, to, że przy trasie można spotkać ludzi handlujących suszonymi rybami, czy innymi wyrobami na straganach skleconych z desek. Można zobaczyć kowbojów na koniach!, czy mnóstwo przydrożnych kantyn prowadzonych przez lokalną ludność. Wyobrażacie sobie coś takiego u nas na autostradzie? 🙂

Po drodze zatrzymaliśmy się w jednym z przydrożnych barów, który był prowadzony przez Indiankę. Jedzenie oczywiście bardzo proste – kurczak, ryż lub frytki, jakaś sałatka, ceviche (to ich przysmak chyba, bo wszędzie jest obecne).  To, co mnie szczególnie zapadło w pamięć to bardzo miła właścicielka baru, która co jakiś czas upewniała się, czy nam smakuje i dolewała wody do picia – bardzo dbała abyśmy byli zadowoleni. Ludzie w ogóle są bardzo przyjaźni i chętni do pomocy 🙂

To właśnie w tym barze powstało moje słynne zdjęcie przerobione przez Mikołaja 🙂 Nie, to nie tu dowiedziałam się o hostelu! 🙂

HOSTEL Mamallena w Boquete, to miejsce, w którym mieliśmy nocować… Oczywiście, nie byłam z tego powodu szczególnie zadowolona, gdyż jak wspomniałam w pierwszym poście, ja po prostu muszę mieć odpowiednie warunki łazienkowe i łóżkowe, aby przygotować się na kolejny dzień zwiedzania 🙂

Dotarliśmy tam wieczorem, kiedy już było ciemno. Nie pomogło to jednak ukryć przede mną mankamentów tego miejsca 🙂 Prawie żadne zdjęcia dokumentujące to coś nie powstały, bo aż strach! Pokój bardzo prosty – jedna prycza! (czyli łóżko piętrowe) i jedno podwójne łoże małżeńskie. Pomysłem Mileny było to, że możemy się zamieniać… dla mnie był to absurd! Nie wiedziałam nawet, czy tam zmieniają pościel w trakcie pobytu, czy dopiero po (wolę wierzyć, że po pobycie zmieniają, choć można mieć wątpliwości!). To, co od razu rzuciło mi się w oczy, to BRAK OKNA w naszym pokoju! TAK! Nie było okna, a zamiast niego dziura, w której umiejscowione były żaluzje 😀 Dlaczego to problem dla KSIĘŻNICZKI (jak mnie nazwali)? Byliśmy w górach, gdzie dzięki temu, że panuje tam klimat tropikalny wilgotność powietrza i opady były znaczne – dzięki temu, że nie mieliśmy okna, wszędzie w pokoju była wszechobecna wilgoć! Czuć ją było na każdym kroku 🙁 Łazienki nawet nie chce mi się omawiać 🙁 Zimna woda i to samo okno – to chyba jakaś tutejsza MODA!

Nie wspomnę już o Wi-Fi, które miało działać, ale niestety zasięg był tylko na parterze 😀 Po moich interwencjach Pan z recepcji próbował to nawet naprawić, ale po kilku próbach niestety się poddał.

Dalej już było tylko gorzej 🙂 Naprawdę, mimo szczerych chęci nie potrafiłam przekonać się do przygotowywania posiłków wspólnie i jedzenia na tych samych talerzach i tymi samymi sztućcami co inni – ludzie po prostu po sobie nie myją! Albo tylko opłukają naczynia, przez co resztki czyjegoś śniadania mogłam zaobserwować na talerzu, który wyciągnęłam z suszarki! To jakiś KOSZMAR! Wszystko więc myłam dwa razy, aby mój umysł wiedział, że niczym się przy okazji nie zarażę 🙂 Serio, było to dla mnie najbardziej niekomfortowe przeżycie, jeśli chodzi o zakwaterowanie. No, ale było tanio! Z tego co pamiętam płaciliśmy chyba coś ok. 20 dolarów za noc.

Co robiliśmy w Boquete? Plany były oczywiście bardzo ambitne 😀 Mieliśmy wejść na Wulkan Baru 3475 m.n.p.m – jest to wygasły stratowulkan będący jednocześnie najwyższym szczytem w Panamie!

Wejście na wulkan należy zaplanować na wieczór – start ok godziny 21/22, aby na szczycie być o wschodzie słońca! To dwunastokilometrowa wędrówka pod górę. W wyposażeniu na pewno trzeba mieć latarki, gdyż światła tam nie uświadczysz :D, wodę do picia, coś do jedzenia (6h wchodzenia pod górę pochłania trochę energii) i coś ciepłego na sobie – najlepiej ubrać się na cebulkę. Ja oczywiście, jak to ja :D, przygotowana w ogóle nie byłam 😀 Zamiast plecaka – torebka, zamiast ciepłej kurtki – sweterek i skóra 😀 (grunt, żeby było modnie), zgubiłam gdzieś również czapkę :D, ale jeśli chodzi o moje odczucia to było mi idealnie – nawet szczerze mówiąc szłam z rozpiętą kurtką, bo wchodzenie pod górę powodowało, że było mi po prostu ciepło 🙂

…. Na wulkan jednak nie weszliśmy 🙁 Michał i Milenka zakończyli swoją wędrówkę na 2 kilometrze przez zawał serca Michała :D, ja z Mikołajem postanowiliśmy iść dalej. Po jakimś czasie drogi we dwójkę, w kompletnej ciemności, w lesie, w górach, w samotności, gdzie przy każdym szeleście umysł pracuje na zwiększonych obrotach i już wyobraża sobie wilki, lwy, albo inne POTWORY 😀 po dojściu na 4 kilometr Mikołaj głosem rozsądku postanowił nas zawrócić. Szczerze, to naprawdę droga we dwójkę nie była zbyt mądrym pomysłem, dlatego jeśli Wy kiedykolwiek będziecie się wybierać na Garu, zbierzcie większą ekipę 🙂 Hostel Mamallena organizuje również takie wyprawy!

Rankiem wybraliśmy się na plantację kawy i gorące źródła, które można było odwiedzić po drodze 😀 Nareszcie RELAX!

Jechaliśmy autem pofalowaną górską drogą pomiędzy plantacjami kawy. Zatrzymaliśmy się na jednej z nich, gdzie można było skosztować tutejszej odmiany Geisha. Co ciekawe, lokalna ludność woli Arabicę, gdyż jest mocniejsza!!! Geisha, jest kawą łagodną i podobno duży sukces święci w Japonii, gdyż smakiem przypomina mocną herbatę! SERIO!? Moje kubki smakowe na pewno nie zrobiłyby takiego porównania 🙂 Mi osobiście bardzo smakowała! W owej kawiarni poznaliśmy Pana, który akurat dostarczał tam swoją kawę i tak nam się miło gawędziło, że zaprosił nas do siebie do domu!

Okazało się, że przyjechał do Panamy kilka lat temu na emeryturę, zbudował dom – I TO JAKI!!!!!  Stworzył małą plantację kawy, którą sam suszył i później sprzedawał – z tego między innymi żył. Pokazał nam jak rośnie kawa, opowiedział o jej odmianach, o sposobie suszenia i swoim życiu 🙂 Tego nie uświadczysz na wakacjach All Inclusive! Rozmawianie z ludźmi daje ogromne możliwości poznawcze 🙂 Oczywiście zakupiliśmy od niego również kawę, która po dziś dzień budzi mnie rano do życia 🙂

Kolejnym przystankiem były gorące źródła, na które bardzo się cieszyłam 🙂 Matka natura jest cudowna! Naturalne gorące źródła, to coś idealnego, po pobycie w hostelu i nieudanej próbie zdobycia wulkanu. Dojechaliśmy na miejsce i znów dzięki temu, że Milena zna hiszpański mieliśmy okazję pogadać z Panem – kowbojem z krwi i kości, który był właścicielem terenu, na którym owe źródła się znajdowały. Wstęp to 5 dolarów od osoby, płatne oczywiście gotówką 😀 Właściciel okazał się również na tyle przyjazny i rozmowny, że oprócz możliwości zażycia kąpieli opowiedział nam o sobie i swoim rancho. Okazało się, że jest w posiadaniu ogromnego BYKA na którym mieliśmy okazję siedzieć!

Niesamowite wrażenie! W ogóle samo patrzenie temu ogromnemu zwierzęciu w oczy z tak bliska było MEGA doświadczeniem!

Ponadto stado kóz i gęsi które reagowały na jego wołanie i chodziły za nim krok w krok 🙂

Ale było i coś co mi osobiście bardzo się nie spodobało! Miał Małpkę schwytaną w lesie (choć twierdził, że sama do niego przyszła), którą trzymał na sznurku 🙁 Uwiązaną 🙁 Nauczył ją kilku sztuczek, które zaczął nam z dumą prezentować… Twierdził, że Małpka jest do niego przywiązana (chyba właśnie tym sznurem!) i nigdzie nie ucieka (no jak jest przywiązana, to jej raczej ciężko!) ale ja w to w ogóle nie wierzyłam… Trudno mi pojąć, jak można więzić dzikie zwierze :(, które powinno być wolne i biegać po lesie z innymi osobnikami swojej rasy, a nie być uciechą Kowboja i jego atrakcją turystyczną 🙁

Chciałam zapytać czemu ją przywiązuje do drzewa za każdym razem, kiedy odchodzi gdzieś dalej ale, pozostała część ekipy mi na to nie pozwoliła :(. Kowboj oczywiście proponował również zdjęcia z pupilem, czego stanowczo odmówiłam! Żyjemy w XXI wieku i uważam, że jeśli nie będzie chętnych na tego typu atrakcje, to może ludziom nie będą przychodziły takie pomysły do głowy 🙁 Tak więc, ja nie polecam tego miejsca! O samych źródłach napiszę tylko tyle, że były dwa – owszem gorące. TYLE.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here