Po naszej szalonej podróży lądowo-powietrznej do Panamy, liczącej sobie ponad 35 godzin dotarliśmy na miejsce późno w nocy. Do ujrzenia Panamy w pełnej krasie pozostało nam tylko przeczekać jeszcze całą noc…

Ja marzyłam tylko o kąpieli i śnie oraz pięknym widoku o poranku!

Nie mogło być jednak zbyt pięknie… pięknie, albo chociaż normalnie 😀

W hotelu okazało się, że nie mają pokoi z podwójnymi łóżkami, takich które były w naszej rezerwacji (rozeszły się mimo, że zarezerwowaliśmy je na 2 dni dużo wcześniej i opłaciliśmy z góry!). Na szczęście Pan zaproponował nam pokoje z dwoma podwójnymi łóżkami, jako zadość uczynienie, po pięknej historii, którą wraz z Mileną opowiedziałyśmy mu przy recepcji – miał to być nasz podwójny miesiąc miodowy! 🙂 Wiadomo – kobiety zawsze wszystko załatwią na piękne oczy! 🙂

W pokoju kiedy włączyłam prysznic, aby wreszcie się odświeżyć okazało się, że nie ma ciepłej wody:( Wysłałam więc Mikołaja na recepcję, aby albo zamienili nam pokoje (mimo bardzo późnej godziny – ok 23) albo coś z tym zrobili 🙁

Niestety… w między czasie zgasło światło w naszym pokoju i w holu, a kiedy chcieliśmy zapytać naszych towarzyszy podróży jak to u nich wygląda, Milena i Michał nie odpisywali na Messangerze, więc już pewnie dawno spali:(

Siedziałam więc przy świetle z komórki, sama w pokoju, czekając na powrót Mikołaja, zła jak osa! Siedziałam tak z dobre piętnaście minut, tylko po to, aby po powrocie Mikołaja dowiedzieć się, że światła nie ma prawie w całym hotelu i nic nie udało mu się załatwić:(

Perspektywa snu bez kąpieli nie była dla mnie zbyt optymistyczna, ale opcja prysznica z zimną wodą przy świetle z komórki również nie była moim marzeniem 🙂

Ranek – wreszcie! Światło wróciło! Pan majster naprawił prysznic:) Przygotowania do wyjścia ruszyły. Śniadanie i w drogę!

 

DCIM107GOPRO

Jest godzina ok 9 rano. Wychodzimy z hotelu i uderza nas fala gorąca – CUDOWNIE! – Wakacje w pełni!

Ruszyliśmy na obchód miasta, aby rozejrzeć się nieco i zwiedzić Panamę, bo mieliśmy na nią zaplanowane tylko 2 dni.

To co ja zapamiętałam najbardziej to przepiękne klimatyczne uliczki z kolonialną architekturą! Mnóstwo kolorowych kamienic osadzonych po dwóch stronach wąskich uliczek z barami, restauracjami i sklepami z pamiątkami. Wiedzieliście, że Casco Viejo, czyli stare miasto w Panamie znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO?!

Na Casco Viejo funkcjonuje również coś w rodzaju pchliego targu – tutejsi ludzie i indianie sprzedają na ulicy swoje rękodzieła! Można kupić np. bransoletki, łapacze snów z prawdziwego zdarzenia, mola (tradycyjne tkaniny – element stroju Indian z plemienia Kuna), kawę (Panamską), buty (również wytwarzane przez Indianki Kuna), hamaki czy grzechotki z kokosów:) Ponadto ku uciesze Mikołaja – MAGNESY na lodówkę 🙂

To co warte jeszcze odwiedzenia to ogromny targ rybny!!! Targ składał się z przestrzeni do której rybacy dostarczali połów; przestrzeni targowej, gdzie można było zaopatrzyć się w świeże ryby i owoce morza; oraz miejsca gdzie rodziny rybaków mieli stoiska, na których te frykasy sprzedawali przyrządzone w prosty sposób jako dania 🙂

CEVICHE – to jest smak, który ja przywiozłam ze sobą z Panamy! Koktajl/sałatka z owoców morza jako mix lub z samych krewetek czy ośmiornicy w zalewie octowej! Dla miłośnika wigilijnych śledzi w occie to prawdziwy rarytas! 🙂 Tu na dodatek wszystko było świeżutkie – prosto z oceanu!

Cały kubek tego przysmaku wraz z krakersami (bo tak je podawali) kosztował ok 3 dolary (= 3 balboa). Do tego piwo za 3 dolary i jesteś w niebie! Serio! Przy takiej temperaturze (ok 40 stopni) i pełnym słońcu do szczęścia nie potrzebne jest nic innego! Nawet przez myśl mi nie przeszło aby zjeść coś ciepłego:)

Co jeszcze? Pierwszy dzień to przede wszystkim piękne widoki! Podziwianie panoramy z ogromnymi wieżowcami, które sprawiały wrażenie raczej Nowojorskiej dżungli niż biednej i niebezpiecznej Panamy!

Najgorsze jednak było to co spotkało całą naszą czwórkę po powrocie do hotelu!

Oczywiście jak to typowa Polka na wakacjach:), nie nasmarowałam się żadnym kremem z UF, aby mnie troszkę „złapało” słoneczko i żebym nie była takim bledziuchem 🙂 Jak się okazało tak też uczynili pozostali z ekipy:)

Wszyscy byliśmy spaleni na maxa! Całą drogę zastanawialiśmy się jak to jest, że mamy 40 stopni, żar z nieba, a ludzie chodzą w długich rękawkach i spodniach, kiedy my ledwo wytrzymujemy w letnich szortach czy sukienkach… Odpowiedź była prosta… oni zasłaniali się od promieni słonecznych, które były tak silne, że niestety poparzyły nawet mnie – tą, która nigdy w życiu nie miała poparzenia słonecznego, tą która kocha plaże i opalanie, tą która nie słyszała o filtrze UV większym niż 15 (albo nie chciała słyszeć) 🙂

Tu w Panamie poznałam się natomiast z filtrem UV 70 🙂 po tym moim pierwszym dniu 🙂

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here