Kochani 🙂

Jak już wiecie decyzja o tym, że kupujemy bilety do Panamy podjęta została zanim Milena i Michał zdążyli zjeść śniadanie…. czyli… MEGA szybko 😉

U mnie nie trwała ona dużo dłużej – Mikołaj powiedział mi o okazyjnej cenie lotu, a że nie znam nikogo innego, kto kiedykolwiek byłby w Panamie, pomyślałam, że to idealna destynacja. Niestandardowe miejsce, na niestandardowe wakacje, których w momencie zakupu biletu nie miałam od roku!

Po naciśnięciu magicznego guzika „POTWIERDŹ PRZELEW” pozostało mi tylko poczekać pół roku na… dzień wylotu 🙂

Przygotowania trwały pełną parą. Jako, że w naszym podróżniczym teamie ja jestem osobą NAJBARDZIEJ ugodową ;), pozostawiłam planowanie podróży Milenie i Mikołajowi . Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie – ja mogę jechać wszędzie i robić niemalże wszystko:). Zakupiłam nawet (wraz z Mikołajem), Milence w prezencie urodzinowym, przewodnik po Panamie, aby mogła zaznajomić się ze wszystkimi wartymi uwagi zakątkami tego kraju. Oczywiście, zrobiłam to tylko dlatego, że wiem o zamiłowaniu Mileny do przygotowywania wszelkich wypraw, planowaniu i wyszukiwania super miejsc, które naprawdę warto odwiedzić :). Milena z Mikołajem znaleźli więc moc atrakcji, które koniecznie musieliśmy zobaczyć  – łącznie z rozpisaniem, co w którym dniu robimy, ile na to potrzebujemy czasu i z godzinami podróży! 🙂

Pozostała  tylko jedna kwestia… Bilety mieliśmy kupione na trasie: AMSTERDAM – FRANKFURT – BOGOTA – PANAMA. Pytanie więc: jak dostać się do Amsterdamu?

Nie muszę, chyba mówić, że dla mnie odpowiedź była jakby jasna…

-Samolot!!!

Argumenty: czekała nas dość długa podróż (prawię dobę) z licznymi przesiadkami, także to było dla mnie najkrótsze i najmniej męczące rozwiązanie. Nie oszukujmy się – podróż autem, to dodatkowy jeden dzień bez prysznica!

Początkowo Milenka nawet trzymała moją stronę, natomiast Panowie z uwagi na szukanie oszczędności w naszym ograniczonym budżecie, zaproponowali auto! I to nie byle jakie auto – ALFĘ ROMEO Państwa M&M (nawet nie wiem z którego roku, ale zapewne, gdyby była winem należałaby do rzadkiego zacnego i drogiego gatunku – ze względu na rok z którego pochodzi:))….

Alfa owszem, zawiozła naszą czwórkę już w wiele miejsc w Polsce, ale nie tylko – byliśmy nią w Chorwacji, na Węgrzech, w Czechach, w Mołdawii, czy też  Turcji! – nie każda Alfa może pochwalić się takimi osiągnięciami! Ale… no właśnie… ta „nasza” Alfa ostatnimi czasy, mocno zaczęła podupadać na zdrowiu i np. w Mołdawii odmówiła nam posłuszeństwa (o tym w innym wpisie), także połowa z nas wracała samolotem. Czułam więc REALNE zagrożenie, że może nam się niestety nie udać opuścić nawet Polski, a co dopiero dotrzeć na lotnisko w Amsterdmie, i gdzie jeszcze w tym wszystkim Panama?!

Gdzieś w rozmowach pojawił się nawet pomysł pociągu, ale równie szybko zniknął, gdyż niestety nie było połączenia w dogodnych godzinach, bo ktoś (czyt. MIKOŁAJ) po prostu MUSIAŁ być w pracy…

Koniec końców, tę nierówną walkę jakimś cudem wygrała ALFA…

1 marca godzina 18:00 – jedziemy! Ściśnięci jak sardynki i zapakowani po same uszy ruszamy w kierunku naszej pierwszej destynacji. Na miejscu mamy być ok 5:00/6:00, więc do lotu zostanie nam ok 5 godzin – czyli spokojnie 🙂

Prawie… bo niestety moje złe przeczucia okazały się dość realne i ALFA niestety zaczęła się krztusić jeszcze przed Poznaniem, oraz dawać znak, że nie zamierza stać na parkingu obok lotniska w zachmurzonej Holandii 2,5 tygodnia, kiedy My będziemy wygrzewać się w słońcu! W tym właśnie momencie, mogłabym powiedzieć „a nie mówiłam?”… tylko co by to dało?

Moje, a raczej nasze wakacje marzeń znikały za horyzontem autostrady z kilometra na kilometr, gdyż auto zaczęło nawet dymić spod maski, co już nie wyglądało tak różowo… i wtedy żarty naprawdę się skończyły…

Jechaliśmy nocą, więc chłopaki nie specjalnie kwapili się również, aby objaśniać nam sytuację – wiadomo, dymiące auto + dwie spanikowane baby brzęczące nad uchem, nie wróżyły zbyt dobrze na dalszą podróż :). Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na stacji benzynowej i dokupowaliśmy olej, który Michał dolewał do zbiornika, zapewniając, że działając w ten sposób na pewno damy radę dojechać – czyli światełko w tunelu! O powrót się nie martwiliśmy 🙂 Szczerze? Pewnie było by lepiej, gdyby z tego parkingu ta Alfa zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach – pytanie tylko, kto byłby na tyle zdesperowany? 😛

 

Chcecie wiedzieć czy dojechaliśmy szczęśliwie? TAK! Ale Michał, po całej tej eskapadzie na lotnisku wyglądał tak :D:D:D :

A w samolocie było już tak 🙂

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here